Publikacje

Projektowanie wnętrz pozwala nam nie tylko spełniać oczekiwania inwestorów ale również brać udział w wyznaczaniu rynkowych trendów i kreowaniu otaczającej nas rzeczywistości. Niezależnie od stylu w jakim tworzymy, pozostajemy wierni własnym zasadom dobrej praktyki projektowej, takim jak spójność, wynikowość i konsekwencja proponowanych rozwiązań oraz umiar. Finalne efekty naszej pracy znajdują uznanie zarówno polskich jak i zagranicznych wydawnictw oraz portali branżowych.

Elle Decoration, Dobre Wnętrze, Villa, Dobrze Mieszkaj, Murator, Newsweek to tylko niektóre z tytułów, które opublikowały i opisały rezultaty naszej pracy lub zaprosiły nas do publikacji tekstów w tematach specjalistycznych. Równie często efekty naszej pracy i nasze wypowiedzi cytowane są w mediach elektronicznych. Cieszą nas też publikacje drukowane i internetowe poza granicami kraju i Europy.

Wybrane publikacje drukowane

Czytelnia

JAK BY PAN ZROBIŁ?

[felieton dla miesięcznika Villa]

Początek to poznanie. Poznanie lub rozpoznanie. Rozpoznanie z czym będziemy się mierzyć. Poznanie klienta. Rozpoznanie potrzeb, poznanie oczekiwań, zgłębianie, nazywanie, często uzmysławianie i zmuszanie do identyfikowania i samo-poznawania. Po co? By w efekcie w oparciu o tę bezcenną dla projektanta wiedzę o jednostce lub zespole jednostek stworzyć przestrzeń. Przestrzeń, w której jednostki o subiektywnych potrzebach funkcjonować będą z satysfakcją. Suma sumarum kreujemy bowiem jednostkowo-optymalny mikroświat skupiony na zaspokajaniu indywidualnych i subiektywnych oczekiwań funkcjonalno-estetycznych.

Proces ten wymaga wyjścia z siebie i stanięcia obok. Spojrzenia nie swoimi oczami lecz oczami klienta na przestrzeń i przedmioty. Znalezienia złotego środka pomiędzy tym subiektywnym oglądem rzeczywistości, który każdy z nas, chcąc nie chcąc, reprezentuje, a bardziej obiektywnymi zasadami ergonomii i kanonami sztuki projektowej. Gdy wydaje się nam, że znajdujemy równowagę pomiędzy tym co obiektywnie piękne, a tym co subiektywnie pożądane, gdy zdajemy się być u celu, pada pytanie: „A jak by Pan/Pani zrobił/a u siebie?”.

„Zupełnie inaczej” odpowiadam. Dlaczego? Bo przecież zestaw moich potrzeb i oczekiwań funkcjonalno-estetycznych, mój styl życia, model rodziny, zainteresowania, to jak spędzam bardziej i mniej wolny czas w swojej własnej przestrzeni, jest prawie jak odcisk palca – indywidualny. Czy zatem to co tworzymy jako projektanci jest piękne tylko subiektywnie bo podporządkowane potrzebom konkretnej jednostki? Jakie są tak naprawdę te jednostkowe potrzeby? W pełni zindywidualizowane czy jednak przesiąknięte tym czym jednostka jest otoczona lub w dzisiejszych czasach raczej osaczona? Co leży u ich podłoża? Co je kreuje?

Szukam, wertuję, zastanawiam się. Gdzie znaleźć odpowiedź na ten filozoficzny prawie problem? Czy w ogóle szukać? Czy warto? Jednak warto. Po to by świadomie nakreślać kolejne przestrzenie i nadawać indywidualny im charakter. Więc wertuję i znajduję. Definicję. A raczej definicje. Różne definicje piękna. Te dzisiejsze, wczorajsze i starsze. Klasyczne greckie, późniejsze renesansowe i całkiem współczesne. Jednoznaczne? Niejednoznaczne. Bo kanony piękna się zmieniają w czasie. Bo są uzależnione od czynników kulturowych. Bo poddają się modom.

Jak zatem projektować? Tak by móc podpisać się pod swoim dziełem zarówno dziś jak i po latach. Tak by finalny użytkownik utożsamiał się i czuł się dobrze w przestrzeni przez nas dla niego skrojonej. Tak aby w sferze estetyki zaspokoić subiektywne i często kreowane modą oczekiwania klienta, a jednocześnie wpleść pierwiastek ponadczasowości. Projektując podsuwać właściwe rozwiązania, budować świadomość, łączyć pozorne sprzeczności w harmonijną całość. Patrzyć w przeszłość, czerpać inspiracje, wybiegać w przyszłość by tworzyć przestrzenie odporne na czas i chwilowe mody, a jednocześnie wpasowane w subiektywne potrzeby klientów. Kreować dając zadość potrzebie tworzenia rzeczy obiektywnie właściwych i jednocześnie indywidualnie dopasowanych.

Trudne? Czasami. Intrygujące? Zawsze.

CAŁY TEKST
GARDEROBA POŻĄDANA

[felieton dla miesięcznika Villa]

Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka – mówi stare przysłowie. Z drugiej strony można rzec, że człowiek z natury jest istotą, która łatwo się do rzeczy przywiązuje. Jedna istota ludzka bardziej, druga mniej, ale jako ogół jesteśmy zbieraczami. A każdy zbieracz potrzebuje przestrzeni by raz zebrane dobra przechowywać.

Czego zbieramy i przechowujemy najwięcej? Można zaryzykować stwierdzenie, że ubrań. To dla nich przeznaczamy w naszych mieszkaniach i domach najwięcej miejsca. Ba! Oddajemy im wręcz cale pomieszczenia. Istoty ludzkie nazywają je garderobami.

Aby było ciekawiej posłużmy się przykładem. Jeden z naszych klientów przeprowadzając się z większego mieszkania do mniejszego (to „mniejsze”, bądź co bądź 200-metrowe, też do małych nie należało) sam stwierdził, że to co dzieje się w jego garderobie wymaga okiełznania. Z trwogą stwierdził bowiem, że w zakamarkach jego garderoby kryło się kilkanaście całkiem nowych koszul, o których istnieniu przypomniała mu dopiero planowana przeprowadzka.

W materii garderobianej za rekordzistki uważane są  istoty ludzkie płci pięknej. I nie żeby w tym miejscu chodziło o krytykę takiego stanu. Wręcz przeciwnie. Chodzi o proste faktu stwierdzenie. Która z Pań bowiem nie znalazłaby w swojej szafie dodatkowego miejsca na nową parę obuwia ? A na torebkę?

Niezależnie czy przyszło nam być istota płci piękniejszej czy pięknej o odrobinę mniej, stajemy przed wyzwaniem jak walczyć z tym naporem rzeczy. Ograniczać się czy szukać dodatkowej przestrzeni dla nowych lokatorów w szafach i garderobach? Rolą projektanta wnętrz jest nie osądzać tylko szukać rozwiązań dla zwerbalizowanych potrzeb. Zatem ich poszukajmy.

Zacznijmy od przestrzeni mniejszej. Od lokum 1,2,3 pokojowego. Od mieszkania, czyli przestrzeni z definicji znacznie bardziej ograniczonej niż dom czy apartament. Czy w takim przypadku garderoba jest rozwiązaniem słusznym czy tylko pogonią za modą i chęcią posiadania tej oznaki pewnego „luksusu” (wszak garderoba kojarzy się z czymś lepszym od „zwykłej” szafy)? Wszystko oczywiście zależy od oczekiwanych funkcji, potrzeb i preferencji oraz priorytetów inwestora. Jednak jeśli przestrzeni jest na styk, garderoba, mimo swojej szumnej nazwy, może okazać się złą decyzją. Nie dość, że wchłania część powierzchni na potrzeby wewnętrznej komunikacji to dodatkowo najczęściej posiada mniej funkcjonalne narożniki, w których chowają się nie tylko wyżej wspomniane koszule.

Jeśli zatem jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami mieszkania o mocno napiętym budżecie metrażowym gospodarujmy tym budżetem uważnie i sprawdźmy czy aby szafa, lub ich układ, dające dostęp do swojej przestrzeni magazynowej z wnętrza innych pomieszczeń, nie dadzą nam większego poczucia przestronności całości aranżacji. Jeśli tak, to nie zważając na kuszącą świadomość posiadania garderoby kierujmy się pragmatyzmem życiowym. Jak by nie patrzeć w przypadku rozwiązań służących przechowywaniu, a do takich należą szafy i garderoby, kwestie funkcjonalne wychodzą na pierwszy plan.

Skoro o funkcjonalności mowa przejdźmy do tych rozwiązań mieszkalnych które można nazwać 4+ pokojowymi. Jeśli jesteśmy jeszcze bardziej szczęśliwymi posiadaczami nie tylko własnego lokum ale w dodatku lokum o słusznej powierzchni, zdecydowanie pomyślmy o garderobach. Dodatkowe metry, które stracimy na wewnętrzną ich komunikację nie są przecież dla nas już tak deficytowym towarem. Odwdzięczą się natomiast wygodą użytkowania, łatwiejszym dostępem do zmagazynowanych rzeczy, brakiem dodatkowych frontów wymagających otwierania i zamykania, łatwiejszym wglądem w stan posiadania.

Jeśli dysponujemy nadmiarem metrów kwadratowych możemy w garderoby wyposażyć wszystkie sypialnie, i strefę wejściową. W tej ostatniej rozsądnym rozwiązaniem może okazać się osobne pomieszczenie na przechowywanie butów. Osobom uprawiającym rozmaite sporty na pewno przyda się osobna garderoba na odzież specjalistyczną. W takim pomieszczeniu można wygospodarować tez przestrzeń na sprzęt sportowy i walizki oraz torby podróżne. Spotykane są także garderoby tematyczne, np. myśliwskie.  Specyficznym ich elementem będzie z pewnością sejf na broń.

Stara wnętrzarska zasada mówi, że miejsca do przechowywania nigdy za wiele. Z drugiej strony mniejsza jego ilość skłania do bardziej roztropnego nim gospodarowania i potencjalnie przyczynia się do oszczędności w kolejnych zakupach. Wszak na nowe rzeczy po prostu może nie być już miejsca.

Jako, ze nie ma w tym temacie prawd objawionych każdy przypadek i każdą ludzką istotę trzeba rozpatrywać niezależnie przez pryzmat, już wspomnianych, jej osobistych potrzeb i preferencji. No i oczywiście przez pryzmat przestrzeni jaką dysponuje. Trzeba nią gospodarować ak aby znaleźć miejsce dla wszystkich rzeczy i by tego miejsca w odpowiedniej proporcji dla samej istoty ludzkiej pozostało wystarczająco.

CAŁY TEKST
Fundament czy wanna, czyli o właściwej kolejności rzeczy

[felieton dla miesięcznika Villa]

Znane powiedzenie mówi, że pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi dla przyjaciela, a dopiero trzeci dla siebie. Dlaczego to powiedzenie tak często się sprawdza? Z dwóch prostych powodów. Po pierwsze przystępując do budowy domu inwestorzy często niewystarczająco dobrze potrafią właściwie zidentyfikować swoje potrzeby, po drugie często te potrzeby są identyfikowane zbyt późno.  Pierwsze wydaje się oczywiste – trudno może być określić szczegółowo swoje oczekiwania w stosunku do domu, jeśli nigdy się w nim nie mieszkało wcześniej. Ta wiedza wynika dopiero z doświadczeń płynących z użytkowania, wyrabiania się przyzwyczajeń, poznawania swoich sposobów funkcjonowania w przestrzeni domu, zwłaszcza jeśli przed budową inwestor był posiadaczem znacznie mniejszego powierzchniowo mieszkania. Drugie przywodzi na myśl inną życiową prawdę – lepiej dłużej planować i krócej robić niż krótko planować i długo robić. Długa w tym przypadku często oznacza niestety bowiem również drożej.

Na początku jest idea budowy domu. Potem przychodzi etap wertowania katalogów i przeglądania stron internetowych z projektami gotowymi. Inwestor wyrabia sobie wyobrażenie o charakterze budynku, jego stylu, tym co mu się podoba a co nie jeśli chodzi o założenia architektoniczne. Towarzyszy temu proces określania gabarytów i powierzchni, ilości pomieszczeń, ich oczekiwanej wielkości, ewentualnie wzajemnych zależności. Zapada decyzja czy dom powstanie w oparciu o projekt gotowy czy wykonany zostanie projekt indywidualny. Wybrana zostaje technologia budowy, firma wykonawcza, podpisana umowa. Inwestor przedziera się przez formalności, pozwolenia, uzgodnienia. Wreszcie na plac budowy wjeżdżają maszyny. Stop!

W tym miejscu wracamy do tytułowej wanny i partnerującemu jej fundamentowi. I zadajemy bardzo niemądre z pozoru pytanie: co pierwsze, wanna czy fundament? Drapiesz się drogi czytelniku w głowę i zastanawiasz czy przypadkiem autor tekstu nie postradał zmysłów? Odpowiedź wydaje się oczywista. Jasne że fundament! Kto by budowę domu zaczynał od wanny. To nie etap aby wannę kupować. Trzeba zająć się dachówką, rynnami, materiałami izolacyjnymi, wybrać ich typ, kolorystykę itd. Czy na pewno kolejność jest właściwa? Jeśli chodzi o zakup – tak. Jeśli chodzi o decyzje – nie. A dlaczego? Dlatego, że mieszkać będzie inwestor wewnątrz domu i ten dom, tak jak but, najpiękniejszy z zewnątrz będzie nietrafioną inwestycją jeśli okaże się całkowicie niewygodny wewnątrz. Z butem jest prościej. Kupując go wystarczy włożyć nogę do środka i przejść się kilka kroków. I nikt tej czynności nie odkłada na moment po zakupie. Podobnie z domem przymiarki jego wnętrza nie powinniśmy odkładać na potem. Powinniśmy jego wnętrze dokładnie rozplanować jeszcze nim maszyny wjadą na plac budowy. Powinniśmy tej przykładowej wannie pozwolić zaistnieć w naszej świadomości potrzeb wcześniej niż fundamentom domu. Nie chodzi tu może o jej konkretny model ale o jej typ, wielkość i lokalizację. Jej relacje z innymi elementami wyposażenia, konstrukcji budynku, okien, mebli.

Tylko bowiem na etapie jeszcze nierozpoczętej budowy możemy wszystko zmienić i dopasować do naszych potrzeb wnętrze, w którym będziemy na co dzień żyć. Jako pracownia zajmująca się zarówno projektowaniem wnętrza jak i budynków tylko w przeciągu ostatniego roku mieliśmy kilka jak nie kilkanaście przykładów różnych inwestycji pasujących na przykłady do naszych rozważań. Z jednej strony były to inwestycje gdzie projekt wnętrza wykonany jeszcze przed rozpoczęciem prac budowlanych pozwolił na zmiany w elementach konstrukcji budynku niepozostające bez wpływu na satysfakcję klienta z dokładnego dopasowania funkcjonalności wnętrza do subiektywnych potrzeb. Z drugiej strony mieliśmy tez przykłady inwestycji gdzie projekt wnętrza mógł powstać wcześniej. Bowiem jeśli na etapie planowania konstrukcji budynku nie dość dokładnie określimy i przemyślimy nasze potrzeby, to może okazać się, że za późno będzie już na wdrożenie jakiegoś oczekiwanego rozwiązania, które wyartykułowane może być dopiero przy dokładnym omawianiu detali rozwiązań wnętrzarskich. W efekcie albo pokój okaże się, może powierzchniowo właściwy, ale nieustawny w odniesieniu do oczekiwanych rozwiązań, albo kuchnia zbyt wąska na zbyt późno skrystalizowany pomysł posiadania wyspy. Często świadomość oczekiwań co do szczegółowych rozwiązań wnętrza domu budzi się dopiero gdy po etapie uruchamiania budowy inwestor znajdzie czas na wertowanie magazynów wnętrzarskich i przeszukiwanie internetu w poszukiwaniu inspirujących go rozwiązań. Na tym etapie może być już niestety zbyt późno na ich wdrożenie w już rozpoczętej inwestycji. Lepiej zatem poświecić więcej czasu na planowanie, szczególnie że dom to inwestycja na lata. W tym planowaniu wnętrze powinno być jednym z kluczowych elementów procesu decyzyjnego.

CAŁY TEKST
HISTORIA PEWNEGO AKWARIUM

[felieton dla miesięcznika Villa]

Przed miesiącem rozpisaliśmy się trochę o nieożywionym folwarku domowym. Kto nie czytał, a jest ciekawy czego dokładnie tekstem naszym dotykaliśmy, musi sięgnąć po numer już archiwalny szanownego miesięcznika Villa, który gości nas na swoich łamach. Skoro nieożywiony zwierzyniec mamy omówiony może warto słów kilka napisać o tych ożywionych mieszkańcach wnętrz, którzy ani wpływu na ich wygląd nie mają, ani zbytnio się tym wyglądem nie ekscytują – w przeciwieństwie do nas, ludzi z branży.

Zwierzęta domowe – temat rzeka. Pieski, kotki, ptactwo, wszelakie gady no i te najcichsze czyli ryby. Jako, ze głosu one już w ogóle nie mają, nie tylko w sprawach wystroju wnętrz, zatem dziś od nich zacznijmy. I tu rozpoczyna się historia tytułowego akwarium. Wcale nie za siedmioma górami i siedmioma lasami, ale nieopodal Warszawy. Aby zacząć od ryb opowiemy historię od końca, bo to właśnie ryby ją zakończyły.

Nasza historia kończy się decyzją o instalacji w nowoczesnym, rezydencjonalnym budynku o modernistycznej bryle dwóch morskich akwariów o pojemności 3,5 tys litrów każde. Ten piękny zestaw, mieniący się niepowtarzalnymi kolorami raf koralowych i ich mieszkańców, złożyć się w tym przypadku ma, bo na razie to dopiero faza projektowa, w wyglądające jak jeden zbiornik narożne akwarium o wadze blisko 7 ton. „Ekstrawagancja” powiedzą tacy jak my właściciele szczekających czworonogów. Może i tak, ale za to jak efektowna i ciesząca oko! A skoro o ekstrawagancji mowa, poczekaj szanowny czytelniku chwilę. To dopiero koniec historii, najciekawszy początek jeszcze przed nami.

Pomysł na morskie, narożne akwarium, zdobiące zarówno strefę wejściową rezydencji jak i salon, powstał poniekąd po drodze. Co było przed nim? Mając do dyspozycji pomieszczenie o powierzchni 15 m2 można wymyślić wiele. Na czym finalnie zakończyły się dywagacje już wiecie. Teraz pora na pomysł, który poprzedził finale rozwiązanie. Pomysł numer dwa zakładał wypełnienie całego wspomnianego pomieszczenia wodą i przeszklenie dwóch całych ścian pokoju na sąsiednie przestrzenie domu. Ze względu na astronomiczną wagę zbiornika przekraczająca 30 ton, oraz nie mniej astronomiczną cenę tafli szkła, które tę masę wody miałyby utrzymać, pomysł ewoluował w stronę zbiornika niższego z mniejszą ilością wody i pustą w środku sztuczną skałą ulokowaną w centralnej części zbiornika, która miała zmniejszyć ilość wody potrzebną do jego wypełnienia i wpłynąć pozytywnie na sumaryczną masę całości.

Tym co zadecydowało jednak o odejściu od tej koncepcji wbrew pozorom nie była masa, a atrakcyjność wizualna zamierzenia. Dlaczego była zbyt mała? Z jednego powodu. Ze względu na rozważanych mieszkańców zbiornika nie do końca można w nim było planować obecność innych, cieszących oczy swoimi kolorami, członków morskiej fauny.  Zbiornik bowiem miały zamieszkiwać dorastające średnio do 1,5 m długości, a mogące przekraczać nawet 2 m długości, żarłacze czarnopłetwe. Rekiny, choć tak wdzięczne do oglądania, gdyż pozostające w ciągłym ruchu, z racji swej nieokiełznanej natury zostały wyparte przez kolorowy świat koralowych raf. A kogo wyparły, w tej naszej  ewolucji pomysłu na domowe zoo, rekiny?

Małomówne ryby w tym starciu pokonały przedstawicieli gadów pochodzących z rodziny aligatorów. Kajmany krokodylowe dorastające do ponad 2 m długości były pierwotnie oczekiwanymi mieszkańcami kilkunastometrowego herpetarium, w które to miało przemienić się, będące bohaterem niniejszej opowieści, pomieszczenie. Tańsze i co ważniejsze dla  konstrukcji budynku również lżejsze niż akwarium, miało stanowić ozdobę domu. W przeciwieństwie jednak do rekinów mieszkańcy herpetarium mają raczej tendencję do pozostawania w mało ciekawym dla obserwatorów, bezruchu. Dodatkowo, w przypadku ich ucieczki powstaje problem znacznie większy niż w przypadku ucieczki rybek z akwarium, nawet tak dużych jak rekiny. Już samo przebadanie takiego dorosłego domowego pupilka wymaga czterech wyszkolonych osób celem skłonienia pacjenta do współpracy.

I w tym miejscu ta historia się zaczyna a nasza opowieść kończy. Bez morału ale z przesłaniem – niezależnie jakich pupilów wybraliśmy, zadbajmy o miejsce dla nich w naszych czterech kątach. I pamiętajmy – im bardziej zależy na jego wygodzie niż dizajnie.

CAŁY TEKST
FOLWARK UDOMOWIONY

[ felieton dla miesięcznika Villa ]

Czy to willa czy stajnia? Można zadać sobie to pytanie widząc konia nie koniecznie z rzędem ale z abażurem na głowie. Na pewno trzeba mieć przestrzeń aby na taki rarytas dizajnu sobie pozwolić a zakup takiego cacka to też nie lada wydatek. Czy to bajka czy rzeczywistość? Horse Lamp to obiekt ciekawy, który podobać się może aczkolwiek nie musi i zapewne tyle ma zwolenników co i przeciwników.

A kto za tym stoi?  Przewrotny projekt to dzieło Grupy Front  a do kompletu mamy jeszcze Rabit Lamp (lampa królik)  i Pig Table (stolik kawowy świnia) – toż to prawdziwy zwierzyniec, którego karmić nie trzeba. I wszystko to projekty dla firmy MOOOI. Oczywiście! To nas nie dziwi bo firma ta produkty i projekty ma niesztampowe i zaskakujące. „Mooi  to po holendersku piękny a trzecie „o” to wartość dodana w kategorii piękna i wyjątkowości”  tak opisują genezę nazwy jej twórcy czyli Marcel Wanders i Casper Vissers. Projekty dla Moooi tworzą takie znakomitości świata dizajnu jak Jamie Hayon, Jasper Morrison, Arihiro Miyake, oczywiście sam Marcel Wanders i wielu innych. Może zatem przy tym ostatnim, czyli współtwórcy MOOOI, zatrzymajmy się dziś nieco dłużej.

To, że jest on osobowością wyjątkową nie trzeba pisać. Tworzył dla wielu znanych firm między innymi dla takich marek jak: Bissaza, Flos, Alessi, B&B czy Moroso. Oczy świata zwrócił na siebie projektując Knotted Chair. Projektuje produkty oraz wnętrza. Jego misja to „tworzyć środowisko miłości, żyć z pasją i sprawiać aby nasze najbardziej ekscytujące marzenia spełniały się”.

Projekty Marcela Wandersa w większości nie pozostawią nas obojętnymi . Na pewno zaskakują i tworzą wrażenie świata nierealnego, może nieco bajkowego, świata pełnego szaleństwa i fantazji. Nie bez powodu the New York Times nazwał Wandersa „Lady Gagą Świata dizajnu”. W jego projektach odnajdziemy inspirację przeszłością, ktora w wielkim stylu wkracza w przyszłość, wyróżniając Wondersa w tłumie twórców nie mniej zdolnych.

Wielu uważa, że zaprojektowane zostało już wszystko. Wanders przełamuje ten stereotyp. Co więcej, od samego produktu Wandersa jeszcze bardziej zaskakująca jest forma ich prezentacji i promocji.  Cechuje ją świetne podkreślenie walorów produktu i brak zahamowań. Potrzebny przykład? Proszę: czy przyszło by Wam do głowy aby w świecie wszechobecnego „photoshopa” i niedoścignionego kanonu piękna,  w czasach pogodni za utrzymaniem młodości, produkt (mowa tu np. o Smoke Chair) prezentować w zestawieniu z roznegliżowaną starością? Starością, której (przyznajmy się do tego) w większości się obawiamy i nie akceptujemy. Jak się okazuje starość może być i jest piękna – rzadką umiejętnością jest  dostrzeżenie tego faktu i zastanowienie się nad nią przemijaniem… oj, nieco nostalgicznie się zrobiło.

Zamiast rozpisywać się o świetności i ponadczasowości projektów  Wandersa warto je zobaczyć i ocenić samemu. Wiele wzorów Wandersa zostało wybranych do najważniejszych zbiorów i wystaw wzornictwa na świecie, i jest prezentowane dzięki temu m. in. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku i San Francisco czy w Londyńskim Victoria & Albert. Jesli ktoś szuka okazji blizej, „na kontynencie”, niech odwiedzi otwartą niedawną największą prezentację prac Wandersaw Stedelijk  Muzeum  w Amsterdamie. Pretekstów do odwiedzenia tego miasta w najbliższym czasie akurat jest więcej – zbliża się wiosna a wiosną w Holandii króluje święto kwiatów.

Z rewelacyjnym wzornictwem w wydaniu Wandersa będzie szansa poobcować podczas zbliżających się wielkimi krokami Targów w Mediolanie. Kto chce się wybrać niech szybko rezerwuje ostatnie wolne miejsca noclegowe – jak co roku spodziewane są tłumy rządnych wrażeń fanów dobrego designu.  Komu wybrać się nie uda lub kto wybrać się nie zechce tego zachęcamy do cieszenia oczu zdjęciami dostępnymi w internecie a tradycjonalistom do wglądu pozostawiamy albumy z wzornictwem gwiazdy niniejszego tekstu. Warto poszperać, emocje gwarantowane.

CAŁY TEKST
Wkrótce...

... następny artykuł