Publikacje

Projektowanie wnętrz pozwala nam nie tylko spełniać oczekiwania inwestorów ale również brać udział w wyznaczaniu rynkowych trendów i kreowaniu otaczającej nas rzeczywistości. Niezależnie od stylu w jakim tworzymy, pozostajemy wierni własnym zasadom dobrej praktyki projektowej, takim jak spójność, wynikowość i konsekwencja proponowanych rozwiązań oraz umiar. Finalne efekty naszej pracy znajdują uznanie zarówno polskich jak i zagranicznych wydawnictw oraz portali branżowych.

Elle Decoration, Dobre Wnętrze, Villa, Dobrze Mieszkaj, Murator, Newsweek to tylko niektóre z tytułów, które opublikowały i opisały rezultaty naszej pracy lub zaprosiły nas do publikacji tekstów w tematach specjalistycznych. Równie często efekty naszej pracy i nasze wypowiedzi cytowane są w mediach elektronicznych. Cieszą nas też publikacje drukowane i internetowe poza granicami kraju i Europy.

Wybrane publikacje drukowane

Czytelnia

RZECZY UŻYWANE

[felieton dla miesięcznika Villa]

Wychowani w czasach niedoborów, wraz z otwarciem się możliwości jakie dał wolny rynek, zmiana systemu politycznego i gospodarczego, wpadliśmy jako społeczeństwo w pęd ku posiadaniu. Wszak przez kilkadziesiąt lat własność prywatna była w naszym pięknym kraju złem niechcianym. Przynajmniej przez aparat rządzący.

Wraz z rozpędzającym się w latach 90-tych kapitalizmem rozpędzały się potrzeby. Wśród nich jedna z wówczas ważniejszych – chęć posiadania. Apogeum zjawiska zbiegło się z krachem, który wielu osobom podciął skrzydła i zrujnował budżety oraz przyćmił marzenia widmem rosnącego niepowstrzymanie kursu franka. Czy to był punkt zwrotny? Czy nowe pojmowanie kwestii posiadania przyszło wraz z innymi modami do nas z zewnątrz? Jaka nie byłaby przyczyna przyszło jednak nowe. Totalny odwrót. Zaprzeczenie tego co jeszcze przed chwilą było wyznacznikiem i celem jednocześnie. Totalne przewartościowanie.

Być nie mieć. A raczej: używać nie mieć. Jak potężna jest skala tego zjawiska uświadomiłem sobie dopiero w chwili, gdy jeden z banków, w którym mam konto, zaczął nękać mnie reklamą z propozycją finansowania ukierunkowanego nie na nabywanie i posiadane używanych dóbr, lecz ich używanie w oderwaniu od posiadania. Owszem, system warszawskich rowerów publicznych jest z nami już od 5 lat. Ba! Pod względem liczebności udostępnianych jednośladów jesteśmy jako miasto w chlubnej czołówce Europy. Oczywiście widuję udostępniane w ten sam sposób samochody na ulicach miasta. Coraz częściej widuję. Ale jednak nie odczuwałem, że skala zjawiska jest aż tak znacząca. A jednak jest.

W przyszłym roku pełnoletnością pochwalić się będą mogli już Ci, którzy urodzili się w XXI wieku. To zupełnie inne pokolenie niż nasze. To oni stanowią przyszłość. To oni są konsumentami nastawionymi na używanie nie posiadanie. To oni będą niebawem coraz szybciej rosnącą grupą odbiorców również usług i produktów z naszej branży – branży aranżacji i wyposażenia wnętrz. Jak to zmieni naszą rzeczywistość? Jak zmieni się branża, gdy okaże się, że odbiorca nie jest zainteresowany nabywaniem na własność tego co branża ma do zaoferowania? Czy to użytkownik będzie w takim wypadku klientem dla branży czy właściciel lokalu? Kim będzie ten właściciel?

Pojawia się coraz więcej jest inwestycji mieszkaniowych upatrujących w tym nowym trendzie rynkowej niszy, która wymagać będzie zaspokojenia. Mini mieszkania na wynajem. Budynki wielorodzinne od podstaw planowane jako zespoły lokali wykończonych w jednym, zbliżonym standardzie. Na wynajem oczywiście. Taki kierunek zdaniem wielu ma sens. Jeśli jestem singlem to wynajmuję kawalerkę. Jeśli powiększa mi się rodzina to bez zbędnego tracenia czasu na kwestie zbywania i nabywania nowej nieruchomości, przenoszę się do większego lokum. Pełna elastyczność. Również w kwestiach lokalizacji. To plus na rynku pracy. Rynku, który już czeka na pokolenie XXI wieku. Rynku, który jest rynkiem globalnym sprzyjającym migracjom zawodowym.

Ale co z naszą branżą? Dla kogo będziemy projektować? Dla kogo będziemy produkować? Kto będzie nabywcą dóbr wyposażenia wnętrz? Zastanawiając się nad tym przez chwilę można dojść do wniosku, że tak naprawdę nie powinno się wiele zmienić. Wszak o oczekiwanych walorach produktu i usługi decydować będą i tak potrzeby finalnego użytkownika. Czyli stara prawda mówiąca, że postawienie w centrum uwagi potrzeb użytkownika stanowi podstawę wszelkich działań związanych z projektowaniem dóbr i usług pozostanie niezmienna. Może zmienić się jednak nabywca, którym będzie w tym wypadku pośrednikiem. Pośrednikiem kierującym się potrzebami finalnego użytkownika. Czy faktycznie zmieni się niewiele, czy czeka nas rewolucja, której skali jeszcze nie widzimy? Możliwe, że już w niedługim czasie poznamy odpowiedź na to pytanie.

Jedno na pewno pozostanie niezmienne. Przebywanie w miłym, przyjaznym otoczeniu zawsze wpływało i wpływać będzie pozytywnie na osobę obcującą z daną przestrzenią. Niezależnie czy jest jej właścicielem czy tylko użytkownikiem.

CAŁY TEKST
SZTUCZNA INTELIGENCJA?

[felieton dla miesięcznika Villa]

Dzwoni budzik. A raczej nie dzwoni. Choć to budzik. Dlaczego budzik ma niby dzwonić? Budzik ma wszak budzić. Więc budzi. Ale jak? A jak lubię? Tak właśnie budzi. Tak jak lubię. Bo tak został zaprogramowany. Więc budzi. Otwieram oczy. Po suficie suną obrazy. Takie jak lubię. Wyselekcjonowane dla mnie. Przekaz spersonalizowany. Informacje przygotowane specjalnie z myślą o mnie w taki sposób jak sobie tego życzę. Zerkam na widget kalendarza. Urodziny mamy za trzy dni. Rocznica ślubu za dwa tygodnie. Niestety tuż obok natrętna informacja przypomina o większym niż zwykle natężeniu ruchu w drodze do pracy. Tak, o nią też poprosiłem, choć jej nie lubię tak jak nie lubię wszechobecnych korków. Niechętnie podnoszę się z łóżka. Podchodzę do okna. Zasłony rozsuwają się automatycznie. Przez przeszkloną ścianę widzę stojące, a raczej wiszące w korku pojazdy podobne do samochodów. Nie mają kół. Poruszają się lewitując w powietrzu na wielopoziomowych niewidocznych estakadach. Lekko dotykam szyby wywołując funkcję wyświetlania danych. Spoglądam na widniejącą na szybie datę. Jest rok 2001.

Moje pokolenie pamięta niejedną taką filmową wizję. Daty były różne. Czasem był to rok 2200, innym razem 2030 lub wręcz 1999. Oglądając je na malutkim kineskopowym telewizorze, czasem czarno-białym, czasem nawet nie własnym tylko u sąsiadów, trudno było naszemu pokoleniu uwierzyć, że takie możliwości nadejdą i to tak szybko. W epoce telefonów instalowanych po kilkunastu latach oczekiwania była to czysta abstrakcja. A dziś? Poza lewitującymi za oknami pojazdami codziennej komunikacji reszta nie stanowi technologicznego problemu. Nie stanowi, ale rzeczywistość wygląda nadal nieco inaczej. Więc jak?

Nie ma już chyba inwestora, który planując budowę domu nie zetknąłby się z pojęciem „domu inteligentnego”. Ktoś słyszał więcej, ktoś mniej. Ktoś jest gorącym zwolennikiem rozwiązania i nie wyobraża sobie nie zastosowania „inteligentnych” rozwiązań w swoim nowym domu, inny ktoś boi się całej tej „inteligencji”. Wszak w fantastycznych wizjach fabularnych taka inteligencja bywała niebezpieczna. Wszak inteligencja to świadomość. A stąd to już tylko krok od samostanowienia. To budzi obawy.

Ostatnio mieliśmy przyjemność zostać zaproszeni do współudziału w otwarciu ciekawego miejsca na mapie Warszawy. Czołowy z producentów systemów automatyki domowej stworzył miejsce prezentujące możliwości jakie daje nam jeden z najszerzej rozpowszechnionych standardów w tej dziedzinie w mianowicie KNX. W trakcie panelu dyskusyjnego, w którym reprezentowaliśmy środowisko projektantów wnętrz, padło stwierdzenie, które bardzo mi się spodobało i pozwolę sobie je, może lekko przeinaczone, przytoczyć: to nie system jest inteligentny, ale ten kto planuje sposób jego działania. I tyle. To niby dla nas, osób z branży, takie oczywiste, ale dla osób po raz pierwszy stykających się z tematem może być mocno porządkujące myślenie o tym zagadnieniu. Dom inteligentny jako taki nie istnieje. Dom zautomatyzowany jak najbardziej. Dom zaprogramowany do działania w ramach ściśle określonych algorytmów. Określonych przez użytkownika, zaprogramowanych przez integratora systemu. Nie ma domowej inteligencji, oczywiście poza mieszkańcami. Jest domowa automatyka. A automatyka jest po to by ułatwiać, wyręczać, chronić.

Jak ułatwia? Grupując wiele czynności w pojedyncze. Przykład? Podjeżdżając pod dom każdego jesiennego wieczoru otwieramy bramę wjazdową potem bramę garażową. Włączamy światło w garażu. Zamykamy bramę. Wyłączamy światło w garażu. Włączamy w przedpokoju, Wyłączamy w przedpokoju. Włączamy w salonie, ogrodzie. Potem na schodach. Włączamy i wyłączamy. Potem następne. Jeszcze radio lub telewizor. Rolety lub zasłony – dobrze jak jednym przyciskiem a nie kilkoma, lub wręcz ręcznie każdą z osobna. Dziesiątki czynności. Wychodząc z domu ponownie tylko w odwrotnej kolejności. I jeszcze sprawdzenie światła w całym domu. Czy na pewno zgaszone. A co jeśli wszystkie te czynności wykonałyby się same po naciśnięciu jednego przycisku? Lub wręcz samoczynnie po tym jak nasz dom rozpoznał że to my wracamy i wykonał wcześniej przygotowany dla nas algorytm działań? Z pewnością wielu poczułoby się wyręczonych.

Jak chroni? Za pomocą różnego rodzaju czujek wykrywając zagrożenia związane chociażby z zalaniem, pożarem, włamaniem i podejmując odpowiednie działania. Odcinając dopływ wody, prądu, informując odpowiednie służby lub nas jeśli jesteśmy poza domem. Imitując naszą obecność w domu gdy nas nie ma w celach prewencyjnych.

A wszystko to tylko dzięki odpowiedniemu zaplanowaniu funkcji i ich interakcji. Wszak sam system potrafi tylko włączać i wyłączać urządzenia elektryczne. Dopiero jego odpowiednia konfiguracja dopasowana pod indywidualne potrzeby użytkownika może być nazwana „domową inteligencją”. I nie szkodzi, że trochę na wyrost.

Szkoda natomiast, że trzeba za ten przywilej często nie mało zapłacić. Jako, że kwestia kosztów i podejścia do nich to sprawa indywidualna warto taką inwestycję rozważyć samodzielnie. Najlepiej zrobić to zasięgając profesjonalnej porady i decydując się na wycenę systemu spersonalizowanego pod nasze potrzeby. Wszak dom to inwestycja na lata. I to z reguły nie mała inwestycja.

CAŁY TEKST
ZŁOTA ERA

[felieton dla miesięcznika Villa]

Jest rok 2003. Kilka lat wcześniej rozpoczął się nowy wiek. XXI wiek. W mało estetycznej hali prowincjonalnego lotniska położonego w popularnej destynacji wakacyjnej jednej z północnoafrykańskich państw, jak tysiące rodaków przed nami i po nas, oczekujemy na opóźniony lot powrotny do domu. Chcąc nie chcąc, ze względu na opóźnienie, eksplorujemy wszystkie dostępne strefy lotniskowej hali. Z jednej z takich eksploracji nasz towarzysz podróży przynosi, z lekko drwiącą miną, informację: w publicznej umywalni ma na nas, projektantów wnętrz, czekać istna perełka.

I czeka. Śmiechu i żartów w znużonej atmosferze oczekiwania na wejście na pokład samolotu jest co nie miara. Przyczynkiem stała się zamontowana przy lotniskowych umywalkach armatura w kształcie delfinów w kolorze żółtego złota.

Minęło ponad dziesięć lat i złoto już tak nie śmieszy. Z niszy rynkowej wypływa na główny nurt wzornictwa, lub przynajmniej stara się wypłynąć. Oczywiście nie samo, ale wspomagane staraniami speców od marketingu i projektantów poszukujących nowych/starych źródeł inspiracji i form wyrazu. Podmuch art deco jest dziś na tyle silny, że nam, którzy lubimy podobne odwołania, zaczyna jego nadmiar delikatnie przeszkadzać. Może dlatego, że jesteśmy bardziej wyczuleni na jego dostrzeganie? A może dlatego, że do nas wszystko trafia wcześniej i nasycamy się gdy rynek jeszcze jest w fazie początkowego wzrostu? To sprawa wtórna. Fakt, że zbliżające się lata dwudzieste niosą powiew tych z przed wieku wraz z nim ozłacając coraz bardziej naszą rzeczywistość. A my się przed tym nie bronimy. Nie dziś. Nie kpimy. Moda ma swoje prawa. Prawa jak się okazuje nadrzędne.

Suniemy, czasem z falą otaczającego nas tłumu, czasem pod prąd, przez, wydawałoby się bezkresne, hale mediolańskich targów. Jest kwiecień 2017 roku. Bieżącego roku. Wspomnienie złotych delfinów, przywoływane pośrednio przez otaczające nas stanowiska handlowe, powraca. Ale w zupełnie innym wydaniu, innej estetyce, innym punkcie w czasie. Powoduje lekki uśmiech na twarzy ale i skłania do refleksji. Do refleksji nad siłą trendów, siłą mody, tym na ile się im poddajemy, jak długo się im opieramy, jak bardzo jesteśmy wraz z całą naszą kulturą w nich zanurzeni i czy potrafimy wystawić z tej toni głowę aby spojrzeć na całokształt obiektywnym okiem. Powinniśmy próbować. Obiektywizm jednak w tym wypadku nie istnieje. Co pozostaje? Subiektywna ocena bieżąca i oczekiwanie jak przyszłość spojrzy na to co jest naszą teraźniejszością z perspektywy upływającego czasu.

Skupmy się więc na tym co tu i teraz. Przyjrzyjmy się rynkowym możliwościom. Dla fanów złotych dodatków i eleganckich, ekskluzywnych wnętrz w nowoczesnym wydaniu jest ich sporo. Uwagę na sobie skupia bardzo prężnie rozwijająca się w ostatnich latach grupa portugalskich marek o innowacyjnych, wzorniczo odważnych produktach. Brabbu, Ottiu, Malabar czy Boca do Lobo dostarczą poszukiwaczom ciekawego wzornictwa sporo emocji. Jeśli tematem jest złoto to należy wspomnieć o marce Delightfull. Ich oprawy oświetleniowe albo zachwycają, albo zniechęcają – zależnie od upodobań odbiorcy. Nie można na pewno przejść obok nich obojętnie. Złoto, choć w mniejszych ilościach, w formie dodatków, widać też u wielu innych producentów. Ciekawą ofertę prezentuje Eichholtz a Gervasoni proponuje lekkie w formie lampy z młotkowanej blachy. Oczywiście w kolorze złotym. Warto też przejrzeć ofertę firmy Koket bogatą w odważne ale sięgające do tradycji wzory mebli i dodatków. Dla szukających produktów bardziej ekskluzywnych, w których złoto stanowi ważny element, warto polecić kolekcje takich potentatów jak Visionnaire czy Fendi. Dla poszukiwaczy rzeczy bardziej nietypowych na koniec dwa słowa o włoskiej manufakturze skupionej na pracy z metalem. De Castelli w swoich produktach miesza złoto z miedzią i mosiądzem. I robi to w sposób mistrzowski. Nie jest to pozycja zakupowa dla wszystkich, ale obejrzeć może każdy. Warto.

Czy nam się to podoba czy nie złoto powraca. Żółte, różowe, w połysku i satynie. Czy zaprosimy je do naszych wnętrz zależy tylko od nas. Dziś nic nie trzeba. Wszystko można. Mnogość trendów pozwala na swobodę. Obecność powracającego złota może tylko cieszyć. Daje szansę spełnienia tym mniej odważnym, którzy do tej pory bojąc się opinii „znajomych” nie odważyli się na eksperymenty. Teraz są „usprawiedliwieni”. Bo modne. Bo już nie wykpiwane.

Tylko ostrożnie. Złoto to nie jest „bezpieczna” szarość czy ponadczasowa biel. Tutaj przyda się opanowanie sapera. Estetyczna katastrofa czai się za rogiem czyhając na nieroztropnych.

CAŁY TEKST
ZABETONOWANI

[felieton dla miesięcznika Villa]

„Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek […]” i od razu uśmiech pojawia się na wielu twarzach, Sympatyczny wierszyk o małym robaczku autorstwa Jana Brzechwy bawił i bawi dzieci od pokoleń. Co ten robaczek robi jednak na łamach miesięcznika Villa? Zaraz pozwolę sobie wyjaśnić.

„[…] Powiada robaczek: I dziadek, i babka, I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka, A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta! Mam chęć na befsztyczek! I poszedł do miasta. […]” I my, projektanci, jak ten robaczek, idziemy do miasta. I co tam widzimy? Beton. Dziwne? Nie, nie dziwne. Wszak to jeden z głównych materiałów używanych w dzisiejszym budownictwie. Ale nie o ten beton dziś chodzi. Jak nie o ten to o jaki?

Nie ten, który dźwiga. Który zbroi. Który przenosi obciążenia, ale ten który powoduje zachwyty, porywa serca i opanowuje ściany, podłogi, sufity mieszkań naszych, Waszych i ich też. I domów też. I biur. I sklepów. Toć przecież każda ściana go udźwignie. Jeśli nie w formie odlewanych płyt to przynajmniej w formie misternie wykonanych tynków imitujących jego pożądaną strukturę.

„[…] A w karcie – okropność! – przyznacie to sami: Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,  Duszone są jabłka, pieczone są jabłka […]”. Nie żebyśmy nie kochali betonu, a tym bardziej naszych wspaniałych polskich jabłek, czy, modnego od kliku sezonów, tłoczonego z nich na masową skalę, soku. Nie o to chodzi. Chodzi o skale zjawiska. Jak każde zjawisko które przybiera na sile i to skłania do refleksji nad jego dalszymi losami. Wszak im wyżej wleziesz tym niżej możesz spaść. To jak będzie z tym betonem? Spadnie czy nie?

„Jak dobrze przyklejony to nie spadnie” powie majster. Ale może się okazać, że po jakimś czasie sam inwestor mu spaść pomoże kiedy moda przeminie a z nim obecne pożądanie. Kluczowa kwestia to, czy przeminie, czy nie przeminie. Patrząc na to jak trwale beton wpisał się w obecny miejski krajobraz trudno uwierzyć że może zostać zepchnięty w strefę niechęci i zapomnienia.

Ktoś może zapytać po co w ogóle się nad tak mało istotną kwestia zastanawiać. Tracić na nią cenny czas. Jest to jest. Nie będzie to nie będzie. Czas upłynie, czas pokaże. Jednak dla osób dziś podejmujących decyzje dotyczące wystroju wnętrz, w których będą funkcjonować przez lata, takie pytanie, a przede wszystkim trafna na nie odpowiedź może być przesłanką do podejmowania ważnych dla nich decyzji. My jako projektanci mamy w tym procesie bardzo ważną rolę. Ludzie nam ufają. Po to do nas przychodzą żeby uzyskać pomoc i wsparcie w decyzjach które maja podjąć. I liczą na to, że ta pomoc nie wprowadzi ich w ślepą uliczkę.

Co w takim razie zrobić z tym nieszczęsnym, kochanym, pięknym ale zimnym betonem? Robić? Nie robić? Odpowiedź jest prostsza niż mogłoby się wydawać. Oczywiście że robić i oczywiście że nie robić. Robić wówczas, kiedy rzeczywiście ten materiał nam się podoba. Nie dlatego że jest modny. Nie dlatego, że koleżanka ma, kolega się nim zachwyca i widać go w każdym wnętrzarskim magazynie. To my musimy się nim zachwycać. To my musimy go pokochać bo będziemy z nim mieszkać. Ciężko się przecież mieszka z kimś kogo się nie kocha, gdy miłość pomyli się z przelotnym zauroczeniem. Gdy nie przeanalizuje się wszystkich wad drugiej strony a da zaślepić chwilowemu urokowi. I tym razem życiowa mądrość jest najlepszym przewodnikiem.

Nie robić byle jak. Nie imitować tandetnie i nieudacznie. Jeśli imitować to z kunsztem, bo nie ma nic gorszego niż słaba kopia. Nawet najpiękniejszy wiersz skopiowany na słabej kopiarce będzie nieczytelny i straci cały swój urok. Jeśli ma być słabo, lepiej żeby nie było w ogóle. Betonu tyczy się to tak samo. Bo to właśnie słabe kopie, złe użycie, tandetne wykonanie są największymi wrogami tego pięknego materiału. Jeśli nie popsują mu renomy może przez wiele lat święcić triumfy nie tylko na placach budów ale i w sferze wykończeń.

„[…] No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek? Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.”

 

CAŁY TEKST
MĘŻCZYZNA GATUNEK WYMARŁY?

[felieton dla miesięcznika Villa]

To był kultowy film pokolenia. Rok 1983. Jerzy Stuhr i Olgierd Łukaszewicz zawładnęli sercami widzów w całym kraju a ich dialogi wpisały się w polską rzeczywistość i polską kulturę na zawsze.

Rok 2017. Do biura projektowego przychodzi Pani. Jedna Pani. Później inna Pani. I jeszcze inna Pani dzwoni zapytać o usługę. Jakiś Pan też dzwoni, ale wszystko musi skonsultować z żoną. Wreszcie przychodzą elegancka Pani z nie mniej eleganckim Panem. Ale Pan jest taki niezainteresowany. Kolory – nie rozpoznaje. Tapety – są mu obojętne. Rolety rzymskie… rzymskie to zna wakacje. Lekko szturchany łokciem przez partnerkę odrywa się od ekranu telefonu. Wzrok ma nieobecny. „Tak, tak, dobrze, podoba mi się… Ale ile to będzie kosztować? Tak dużo?! No dobrze, dobrze rozumiem…”. Wreszcie na moment ożywia się: „Jak to telewizor tylko 65 cali?”

Mógłby to być dobry temat na kabaretowy skecz. Taki delikatny, prześmiewczy, stereotypowy. Ale czy tak wygląda rzeczywistość? Czy faktycznie Panowie obecnie nie maja nic do powiedzenia w kwestiach urządzania wnętrz? Przecież u nas w pracowni jest silna grupa męska w ilości… 7,7% składu zespołu… Spanikowany spoglądam na statystyki odwiedzin strony. A tam podobnie! Blisko 70% to kobiety. A więc mieli rację. Nie, nie twórcy kultowej Seksmisji. Chodzi o panów Tomasza Kwaśniewskiego i Jacka Masłowskiego, autorów świetnej poniekąd książki napisanej przez mężczyzn, o mężczyznach, dla mężczyzn i noszącej wiele mówiący tytuł „Czasem czuły, czasem barbarzyńca”.

Trochę przewrotnie w jednym z rozdziałów książki, autorzy punktują dzisiejszych mężczyzn za wycofanie się z tej strefy życia codziennego, która związana jest z wiciem gniazda. Moszczeniem go i urządzaniem. Pokazują, że oddając w tej kwestii pola płci pięknej gatunek mężczyzn z jednej strony leni się i idzie na łatwiznę przychodząc już na gotowe. Z drugiej jednak traci możliwość samostanowienia o środowisku w jakim będzie funkcjonował w praktyce nie mając później w tej przestrzeni w pełni swojego miejsca. Oczywiście poza tym fotelem, który wybrała żona. Nie tylko fotelem? No tak jest jeszcze garaż, kotłownia…

To właśnie lektura powyżej wymienionej pozycji skłoniła mnie do refleksji czy faktycznie statystyki mówią całą prawdę. Jak to zwykle ze statystykami bywa – nie mówią. Nie jest aż tak jednoznacznie kobieco w tym naszym wnętrzarskim świadku, przynajmniej jeśli chodzi o klientów i ich decyzje. Stwierdzenie opieram na codziennej obserwacji przebiegu spotkań z naszymi klientami. Panów niezainteresowanych jest zdecydowana mniejszość. W większości równie aktywnie jak ich partnerki zajmują stanowisko i podejmują wybory. Może kierują się w tym względzie nieco innymi przesłankami, kładą nacisk na inne kwestie, ale nie są biernymi słuchaczami lub nieobecnymi statystami w tym spektaklu. Coraz częściej sytuacja wręcz się odwraca i to panowie są stroną dominującą w wyborach.

Bywają dni, że do pracowni przychodzi Pan, a po nim drugi i kolejny tym razem z partnerką. Czy to oznacza feminizację mężczyzn? Czy wzrost ich świadomości? A może po prostu potrzebę otaczania się dobrze zaprojektowanymi i dopasowanymi do swoich potrzeb przedmiotami. Potrzebę obcowania z wnętrzami, w których ten mężczyzna ma nie tylko swój przysłowiowy fotel, ale w których po prostu czuje się dobrze, dostrzega je, docenia, odczuwa różnicę. Ta różnica wpływa bowiem na jakość życia. Na tej jakości zależy dziś każdemu niezależnie czy pochodzi z Wenus czy z Marsa. Wszak obie planety biegną nieprzerwanie ciągle wokół tej samej gwiazdy.

CAŁY TEKST

Więcej artykułów